Recenzja Final Fantasy Type-0 nr 2

Nasze projekty

Gra sprzeczności dwa miesiące po premierze

Niektórzy z Was pewnie czytali, albo choć rzucili okiem, na moją poprzednią recenzję najnowszej pozycji Square Enix na przenośną konsolę PSP. Wystawiłam wówczas grze ocenę 7/10 podkreślając, że jej największe zalety "równoważą" równie dostrzegalne wady. Ponieważ minęły już dwa miesiące od premiery, która miała miejsce 27.10.2011 roku, a mój licznik na plikach save dobił właśnie do 300 godzin, doszłam do wniosku, że należy sprostować pewne fakty dotyczące gry oraz wystawić Type-0 ocenę na jaką zasługuje z perspektywy czasu.

Na wstępie zacznę od tego, że dokładnie od dnia premiery inną pozycję spod znaku FF odpaliłam może dwa albo trzy razy. Przyznaję z ręką na sercu, że nie jestem żadnym fanatykiem, który zamówił wersję kolekcjonerską na PlayAsia.com, ani nie mam pokoju wytapetowanego plakatami, a jednak ta gra przyspawała mnie do konsoli na naprawdę długie godziny i ciągle nie mam dość. Zastanawiałam się nad tym zjawiskiem bardzo długo, żeby tym razem stworzyć naprawdę solidny tekst, oparty o moje własne doświadczenia z gameplaya. Po czasie zrozumiałam, że w tej grze naprawdę musi tkwić coś więcej niż sama walka, jakoś tam nakreślona historia, pięknie zaprojektowana Klasa Zero czy Magiteki. Tak, w tej grze naprawdę tkwi coś znacznie głębszego. Jakiś czas temu, w jednym z newsów, wyraziłam życzenie by Type-0 opowiadało o brutalności wojny, tak jak wygląda ona naprawdę, w realnym świecie. Dziś, po tych wszystkich przejściach, mogę bić brawo reżyserowi Hajime Tabacie. Udało się panu! Naprawdę, wykonał pan kawał solidnej roboty! Ta realistyczność właśnie jest tym co może na początku odrzucać od gry, sprawić, że wyłączycie konsolę na długie dni z okrzykiem na ustach: "To jest Final Fantasy?! Chyba żartujecie?!". Zapewnię Was więc, że nie będziecie mieć racji – to jest Final Fantasy. Mam nadzieję, że utwierdzi Was w tym przekonaniu dalsza część mojej recenzji.

Zaczyna się mocno. Nawet bardzo mocno. Poza filmikami wprowadzającymi w realia fantastycznego świata, gdzie cztery nacje pielęgnują cztery kryształy dające im inne, ale równie potężne moce – widzimy wstęp do brutalnej wojny o to, o co toczy się większość walk nawet jeszcze w naszych czasach. Władza, nieograniczona potęga, eliminacja słabszych jednostek, kompleks Mesjasza – to wszystko zdaje się napędzać wojenną machinę głównego antagonisty gry, Najwyższego Dowódcy Imperium Milites, Cida Aulstyne (ang. Cid Oldstein). Pana tego nie widujemy może w grze zbyt często, ale jego dokonania są na tyle nikczemne, by człowiek zżył się z przeświadczeniem, że osobnik ten musi odpokutować za cierpienia jakie wyrządził. Głównego bohatera gry poznajemy w sposób dość nietypowy, gdy asystuje on przyjacielowi będącemu na skraju śmierci. Wraz z dwójką przyjaciół odpierają wojska Imperium z ojczystego kraju Rubrum. Dowiadujemy się też, że są oni uczniami wojskowej Akademii Suzaku, która opiera sztukę militarną na mocy kryształu o tej samej nazwie. Właściwie po pierwszych piętnastu minutach (dodam, że czysto fabularnych) gracz zostaje niemal siłą "wrzucony" w ogień pierwszej misji. Cóż się takiego stało? Imperium Milites zainstalowało w Akademii machinę zwaną Crystal Jammer, która zablokowała dopływ energii kryształu do uczniów. Do wszystkich poza naszymi bohaterami. Rozumiecie już chyba, że będziemy sterować grupką wybawców? Pewnie zadacie sobie pytanie: "A gdzie reszta bandy?". W końcu Type-0 ma całą armię bohaterów, o czym czytał każdy kto interesuje się tematem. Spokojnie, zaraz usłyszcie ich w krótkofalówkach (tak nazywam ten ich system choć naprawdę to COMM również oparty na mocy kryształu). Będą się przegady